Fantastyka.eu

Fantastyka to poważna prawa

Recenzje

Mroczny Rycerz powstaje.

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Film zobaczyłem późno - półtora miesiąca po premierze z 27 lipca. Przez ten czas nasłuchałem się o promocji przemocy, o świrze mordującym ludzi w kinie i zaskakująco mało docierało do mnie z mainstreamowych mediów na temat samego filmu. Tym przyjemniejszym zaskoczeniem była dla mnie wizyta w kinie - czekał tam na mnie dobry film.

Problemem większości produkcji SF jest

schematyczny i nie do końca logicznie związany plot, zaciemniony dodatkowo pobocznymi historyjkami poszczególnych postaci (dobrym przykładem są tu produkcje MARVEL'a). Dorzućcie do tego słabsze aktorstwo (na które nie wiadomo czemu przymykamy oko) i mamy obraz błędów których uniknęli twórcy trzeciej części Batmana :)

Brawa dla scenarzystów - Johnathana i Christophera Nolanów - ich opowieść trzyma się kupy, a poszczególne postaci biora udział w jej budowaniu,  nie  zaś pustych i niepotrzebnych popisach solowych.

 

Bruce Wayne (Christian Bale) od kilku lat nie udziela się towarzysko. W Gotham City wszystko układa się jak najlepiej - przestępczość spada, co jest skutkiem nie tyle działalności Batmana, co drakońskiego prawa Harveya Denta. Jak, zapewne, pamiętacie Dent to zło, które udało się Batmanowi pokonać w poprzedniej części. Z pewnych względów Batman nie ujawnił jednak prawdziwej natury Denta, pozwalając wykreować go na  nowego bohatera tłumu, podczas gdy sam wziął na siebie odium zbrodniarza. Sielanka jednak się kończy. W mieście pojawia  się Bane (Tom Hardy) - psychopatyczny złoczyńca w masce-kagańcu i dosłownie odcina je od świata grożąc wypaleniem atomówką.  Wayne/Batman próbuje coś zdziałać, ale stracił formę na emeryturze i konfrontacja z Bane'em kończy się dla niego przetrąconym kręgosłupem i uwięzieniem gdzieś na końcu świata, gdzie ma bezsilnie patrzeć na śmierć swojego miasta. Gotham zamienia się w strefę rewolucji gdzie biedni rabują i mordują bogatych. Atomówka Bane'a to nic innego jak reaktor zimnej fuzji zbudowany przez korporację  Wayne'a, który po drobnej modyfikacji zamienia się w bombę. Wszystkie wysiłki "dobrych" zmierzają teraz do jej unieszkodliwienia, a "złych" do jej zabezpieczenia w celu przedłużenia bolesnej agonii miasta, aż do jego śmierci w eksplozji nuklearnej. Batman, po więziennej rekonwalescencji, wraca do miasta i zaczyna zwalczać zło, a pomaga mu w tym ponętna Kobieta Kot (Anne Hathaway) w cywilu Celina Kyle oraz dobry glina John Blake (Joseph Gordon-Levitt). W gadżety obie (jak się okazało) strony konfliktu zaopatrzył nieoceniony Lucius Fox (Morgan Freeman).

Film ma dobrą obsadę - aktorów, którzy potrafią grać. I grają. Kreacja Michaela Caine jako starego lokaja Alfreda dostarcza autentycznych wzruszeń. Anne Hathaway jest w formie - nic dodać nic ująć.  Freeman nie musi właściwie grać - wystarczy że jest w kadrze i już jest dobrze. Tomowi Hardy'emu udało się wykreować postać pełnokrwistego, charyzmatycznego psychopaty. Tylko Bale jakiś taki bez wyrazu, niedosolony...  O jakości tego filmu stanowi między innymi to, że Christopherowi Nolanowi nie wystarcza przypilnowanie samych głównych aktorów, ale że zadbał o przyzwoitą grę postaci drugo i trzecioplanowych (na przykład uśmieszek zadowolenia chłopaka po udanym odśpiewaniu hymnu). Ze zdziwieniem wypatrzyłem Christophera Judge'a - gwiazdę seriali Stargate -  znanego szerzej jako Teal'c, a grającego tu nic nieznaczący, kilkunastosekundowy  epizod  jedengo z żołnierzy Bane'a.

Zdjęcia są dobre, ale nie wybitne. Nowy York dobrze robi za Gotham.

Na osobne omówienie zasługuje muzyka, czy szerzej dźwięk.  Film nie łomoce, o co trudno w  tym gatunku filmowym. Genialny efekt daje stosowanie ciszy w tle (np. przed domem Wayne'a czy przed meczem). Sama warstwa muzyczna jest dokładnie taka, jaka powinna być. Wielkie brawa dla pana Hansa Zimmera. rzadko się zdarza, by muzyka tak dobrze współgrała z obrazem - nie przytłaczała, ani nie była "przeźroczysta" (niezauważalna). Niektóre pomysły muzyczne - jak Pawana na śmierć infantki (sic) Ravela, tańczona przez Bruce'a i Selinę - choć ryzykowne okazały się strzałem w dziesiątkę i miłą odmianą od utartych schematów muzycznego ilustrowania filmu.

2 godziny 45 minut to długo, ale w tym przypadku, nie za długo.

Jeżeli ktoś jeszcze nie widział, to zachęcam - to dobry film jest.

Goście

Odwiedza nas 149 gości oraz 0 użytkowników.

Cytat dnia

Jeśli kiedykolwiek zwątpisz - Merriadoku - idź za nosem!

Gandalf